Dorota stała przy kuchence i mieszała śmietanowy sos do karkówki, która dochodziła w piekarniku. Za nią, w salonie, Paweł szykował kieliszki, poprawiając je co do milimetra. Zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek, on już zaczął: „Tylko pamiętaj, żeby dzisiaj nie wypadały przy nich żadne tematy o działce, o słoikach, o twoich rodzicach”. Dorota odwróciła się bez słowa i wróciła do kuchni.

Paweł nie odpuszczał. „No weź przestań. Po prostu oni do nas nie pasują. Do naszego towarzystwa, do mojej rodziny, do znajomych.
Są tematy, które pasują do pewnego poziomu”. A gdy Dorota zapytała, co to znaczy „do nas”, on tylko westchnął: „No nie czepiaj się słówek”. Potem dodał coś o jej tacie — „same przekręca słowa” — i o tym, że cała jej rodzina jest po prostu „ciężka”. Dorota wyszła z pokoju, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.
Gdy goście zaczęli się schodzić, zaczęło się to samo. Jego matka, Beata, rzuciła półgłosem: „Mogłaś zrobić coś bardziej nowoczesnego”. Ojciec Pawła, Stanisław, głośno pochwalił karkówkę, ale zaraz potem zwrócił się do syna: „No i dobrze. Trzeba mieć ambicje, rozwijać się, a nie siedzieć na działce całe życie”.
Wszyscy wiedzieli, do czego piją. Dorota stała nieruchomo, czując, jak łzy napływają jej do oczu. Nie pozwoliła im spłynąć. Drzwi zamknęły się za ostatnimi gośćmi tuż przed 23:00.
Kiedy Dorota sprzątała, Paweł usiadł przy stole i wydusił z siebie: „Dorota, no proszę cię. My. Ciągnę cię w górę, pokazuję ci inne życie, a ty ciągle wracasz do tego swojego. Do działki, do słoików, do tych prostych rzeczy”.
Dorota zapytała, ile kosztowała go ostatnia wspólna terapia. „No jakieś 400 zł” — rzucił. „I niby co z tego wynika? ” Miała odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.
Zamiast tego poczuła, że w środku coś pęka. Do jej 32. urodzin został niecały miesiąc. Każdego dnia powtarzała sobie, że to tylko kryzys, że tak jest dobrze.
Ale tamtej nocy, gdy została sama w kuchni, wróciły do niej te same rozmowy, te same schematy i uczucie, że coś jest nie tak, tylko nie umiała tego nazwać. Tydzień przed urodzinami Paweł powiedział, że musi podjechać do rodziców po opony zimowe. Dorota stała przy stole, na którym leżały zaproszenia na jej przyjęcie. Powoli policzyła je i wsunęła z powrotem do pudełka.
Wstała, zrobiła sobie kawę i pojechała do fryzjera. Gdy wróciła, powtarzała sobie jedno słowo: „No”. Nadszedł wieczór jej urodzin. Dorota wybrała karczmę na uboczu, tę, do której Paweł nigdy by nie poszedł.
Świeże kwiaty, cisza, bliscy. Gdy weszła, zobaczyła mamę, tatę, przyjaciół z osiedla, ludzi z pracy. Kacper, syn jej koleżanki, przybiegł do niej z uśmiechem, ale potem rzucił się do Pawła. Paweł tylko się zaśmiał i powiedział: „No proszę.
I widzisz, że dzieciaki potrafią się dobrze bawić”. Dorota wzięła kieliszek do ręki i spojrzała na tych, którzy zawsze przy niej byli. „No dobrze — powiedziała spokojnie, a w jej głosie nie było już śladu dawnej uległości. — To może zaczniemy?
”


